|
Jest trochę po czasie, ale może to i lepiej, bo z reguły recenzje pisane na świeżo tuż po wydarzeniu wydają sie być nie do końca prawdziwe i pod wpływem emocji przypominają raczej wywód piszczącego 7 latka, który zobaczył swój ulubiony zespół i przez to nie jest on zdolny napisać czegoś rozsądnego poza "było super"
Zatem do dzieła. Na koncert, który miał sie odbyć w Londyńskim Wembley stadium 8 lipca 2007 z naszego chaptera wyruszyły 3 osoby, jednakże każdy z nas obrał inną drogę i każdy z nas dotarł osobno. Goco z tego, co pamiętam połączył wyjazd z wypadem do rodziny i pojechał na trochę dłużej niż tylko na koncert ja i Pablo polecieliśmy z warszawskiego Okęcia dzień przed koncertem, lecz zupełnie innymi lotami i na dodatek nasze czasy odlotu różniły się o tyle, że nie udało się nawet zrobić wspólnej fotki na lotnisku, tylko dopiero przed stadionem, ale o tym potem.
Doleciałem do Londynu popołudniu i postanowiłem trochę pozwiedzać wykorzystując możliwie jak najbardziej mój czas w tym mieście, Paweł zaś jak się później dowiedziałem lądował wieczorem po zmroku i lecąc nad Londynem mijał stadion, na którym spostrzegł, co nieco z trwającego tam wówczas koncertu live earth, na którym również swój krótki występ zaliczyła Metallica – krótką recenzje zdał mi z ich występu znajomy, u którego się zatrzymałem, gdyż zupełnie nie świadomy tego, kto na tym występie zagra dużo wcześniej kupił nań bilet. Gdy zdając relacje powiedział mi, że był to najlepszy występ podczas całego show poza gwiazdą główną. Zacząłem, zatem liczyć na naprawdę dobry występ jeźdźców dnia następnego.
Gdy rankiem w dniu koncertu jechałem metrem w stronę Wembley skontaktował się ze mną Paweł, że jest już na miejscu i że czeka na mnie na stacji metra, chwile potem się spotkaliśmy i udało nam się cyknąć pamiątkową fotkę na tle stadionu. Zupełnie przypadkiem Paweł zagadał do typa, który wydawał mu się być moim kumplem, okazał się być po prostu polakiem, który przypadkiem znalazł się ze mną o tej samej porze w tym samym miejscu i od tamtej pory aż do końca koncertu nam towarzyszył, wraz z kilkoma innymi osobami, które poznaliśmy czekając na otwarcie bram. Szybkie śniadanie w McDonalds i ruszamy po odbiór biletów, i tutaj mały problem gdyż po odbiorze okazuje się, że wchodzimy razem na płytę aczkolwiek zupełnie innymi wejściami, co wyklucza raczej wspólne koncertowanie. Jednak ja nie dałem za wygraną wypytując wcześniej ochroniarzy, którym wejściem łatwiej będzie dotrzeć do golden circle szybko zamieniłem swój bilet i czekałem razem z Pawłem. On zaś jak na kolejnego polskiego cwaniaka przystało :P spokojnie podchodząc i siadając umiejscowił się na samym początku kolejki, co dało nam przewagę kilkuset osób.
Nadeszła pora otwarcia bram i wszyscy po szybkim przeszukaniu spokojnie ruszyli na płytę oczywiście poza nami, sposobem na zagranicznego turystę szybko dobiegliśmy do sektora pod sceną ignorując wszelakie krzyki typu „slow down” pod drodze. Umiejscowiliśmy się pod samą barierka pomiędzy mikrofonem Jamesa i Roberta. Trochę czasu na odpoczynek po wcześniejszym biegu przez całe boisko piłkarskie, i przyszła kolej na suporty po kolei: Mastodon – który jak dla mnie zaprezentował się dobrze aczkolwiek osobiście zupełnie nie pasuje mi wykonywana przez nich muzyka. Kolejny suport Machine Head – tutaj musze przyznać, że, pokazali klasę i dali bardzo dobry występ, w przeciwieństwie do ostatniego suportu. Na koniec organizator uraczył nas występem kapeli HIM, nie bardzo zdaję sobie sprawę, dlaczego byli oni ostatnim suportem miast pierwszym, co jak sadze również mocno zdziwiło pozostałych uczestników imprezy, jako, że przywitali zespół (dość po chamsku) obrzucając kuflami z piwem i machając dłońmi z wyciągniętym środkowym palcem.
Po krótszym jak sądzę niż było to zaplanowane występie HIM, przyszła w końcu pora na gwiazdę wieczoru, z głośników lecą znane wszystkim nuty AC/DC, co zapowiada nam zespół, na który tak naprawdę przyjechaliśmy, jeszcze tuż przed wejściem chłopaków na scenę Pablo wyczaił kogoś z obsługi niosącego set listę i dopatrzył się w utworach numeru For Whom The Bell Tolls, co przyprawiło mnie o niesamowitego banana na gębie ze względu na to, że to mój ulubiony numer i chciałem go w końcu usłyszeć. Jednakże na scenę wchodzi Lars i zaczynają od Creeping Death – moim zdaniem numer świetny na otwarcie koncertu jednak przez to, że pierwszy to nie był tak wydłużany jak zawsze i moment przewidziany na „dajowanie” trwał chwilę James próbując nas uciszyć krzyczał „too loud”.
Emocje się podnoszą i taaaak krótkie solo Roberta i jeźdźcy lecą z „dzwonkami” tutaj nie wdaję się w żadne opisy, bo były by na pewno subiektywne. Przerwa na krótkie solo Kirka wykańczające poprzedni utwór i przychodzi kolej na Sad But True z klasycznym już rozpoczęciem od wyśpiewania fragmentu acapella przez publikę i wtórującego Jamesa. Frontmen zachwycony zaczyna skandować do nas „Wembley crowd” i pada stwierdzenie, że odczuwa znacznie lepszą atmosferę niż dnia poprzedniego. Zespół wygrywa takty Disposable Heroes dając pokaz tego, w jakiej są formie. Metallica schodzi na chwilę ze sceny zostaje jedynie Kirk – krótkie solo w jego wykonaniu i już widać jak techniczni wnoszą akustyka na scenę, wiadoma sprawa zaczyna się Unforgiven, po którym padają podziękowania do publiczności za genialne odśpiewanie, następnie, co by nas nie uśpić całkiem And justice for All… Kolejna próba możliwości wokalnych to The Memory Remains po wykonaniu tego utworu miałem wrażenie, że zgromadzeni fani nigdy nie ucichną i będą cały czas nucić słynne „nananana…”, dlatego tez wydaje mnie się, że James podszedł do mikrofonu i nawiązał rozmowę by wyrwać zgromadzonych ludzi z swoistego rodzaju transu. Pada okrzyk ze sceny „Who’s got Kill ‘em All” wrzawa publiki I szybkie rozpoczęcie The four Horsmen, następnie solo Roba i przechodzimy do Orion, dodatkowej głębi temu numerowi nadała pogoda, podczas gdy zespół grał na telebimie za nimi pokazywano ciemne chmury i traf chciał, ale właśnie w tym momencie spadło również na nas kilka kropel deszczu z nieba, moim zdaniem świetny hołd dla wielkiego muzyka i szacunek dla jego osoby osobiście bardzo pozytywnie odbieram ten numer na koncertach. Nie mówiąc nic więcej zaczynają Fade to Black później zaś ponownie rozbudzając publikę Master of Puppets oraz Battery. Następnie ponowne lekkie obniżenie poziomu emocji i nieco spokojniejszy No Leaf Clover, który idealnie wypełnił tu Łukę między superszybkim utworem a kolejnym, którym okazało się być Nothing Else Matters.
Później w końcowej części koncertu zespół już nas nie szczędził pokaz fajerwerków jednoznacznie dla nas wszystkich oznajmiający One od razu po nim zaś Enter Sandman. Następnie James oświadcza nam, że mamy tylko 10 minut i od razu raczy nas dźwiękami Whiplash zostaje już tylko kilka minut, jakie zespół może wykorzystać, co jednak nie przeszkodziło im odegrać jednego z dłuższych numerów i na dobranoc dostaliśmy jeszcze od zespołu Seek and Destroy, który to zadedykowali nam - fanom. Pożegnanie od zespołu i garść kostek w stronę publiki Lars rzucił też w stronę naszej flagi pałeczkę jednakże złapał ją stojący tuż obok gość, którego poznaliśmy przed koncertem, trochę szkoda aczkolwiek moim zdaniem dobrze, ze, chociaż był Polakiem skoro Lars rzucał ją w stronę naszej narodowej flagi.
Podsumowując było to moim zdaniem najlepszy koncert Mety, na jakim miałem do tej pory przyjemność być. Zespół zaprezentował się według mnie w świetnej formie, na co prawdopodobnie wpływ miało nagrywanie albumu, w którego trakcie właśnie byli. Po koncercie byłem, zatem pozytywnie nastawiony, co do nowego albumu. Mimo że nie usłyszeliśmy nic, co miałoby go zdradzić w jakimkolwiek stopniu to jednak i tak zupełnie temu występowi nie ujmowało.
Przez chwile jeszcze wracamy razem z Pawłem londyńskim metrem później zaś żegamy się i każdy z nas udaje się we własną stronę, był to kolejny wspólny koncert następnego dnia czeka mnie lot powrotny do Warszawy, wobec tego czas pójść się wyspać. Kuba (ManWithASuperHeroStyle) |